Hide / Show   X
2013-08-05

Omo dla zuchwałych

W lutym 2009 roku na łamach GW "Turystyka" ukazał się mój tekst "Omo dla zuchwałych" o wyprawie w dół etiopskiej rzeki Omo. GW zarchiwizowała ten tekst, dlatego w zakładce "expeditions" nie ma linku do publikacji. Postanowiłem udostępnić "Omo dla zuchwałych" na blogu. 
W 2009 roku napisałem, że odkrywcą Omo był Jules Borelli. Po przestudiowaniu historii eksploracji rogu Afryki muszę to sprostować. W rejonie rzeki Omo pod koniec XIX wieku działało kilku wybitnych odkrywców, w tym Vittorio Bottego & Samuel Teleki. Ten drugi tak samo jak mój pradziadek Szczepan Kral był poddanym domu Habsburgów w ramach Monarchii Austro Węgierskiej. Różniło ich jednak to, że Teleki był księciem i członkiem Izby Wyższej Parlamentu Węgierskiego, a pradziadek Szczepan miał kilka owiec na małym skrawku ziemi Imperium między Żywcem a Suchą Beskidzką. O Samuelu Telekim, Vittorio Bottego, dziadku Stasku i pradziadku Szczepanie jeszcze napisze przy innej okazji. A teraz tekst "Omo dla zuchwałych":

Za Odkrywcę Omo uznawany jest Jules Borelli- francuski podróżnik, towarzysz wypraw Artura Rimbauda. Od lat 80 tych XIX wieku, kiedy biały człowiek dotarł do tej płynącej na południe abisyńskiej rzeki,  ta niewiele się zmieniła. Wysokie kaniony i nieprzystępne brzegi górnego i środkowego Omo są praktycznie niezamieszkałe. Ludy żyjące nad dolnym Omo od setek lat zachowują tradycyjny sposób życia. Ich wierzenia, ubiór czy sposób uprawiania ziemi pozwalają wierzyć w to, że są jeszcze miejsca na ziemi, gdzie zdobycze cywilizacji nie dotarły. Trzy, może cztery razy do roku pod koniec pory deszczowej kilka globalnie działających firm zabiera turystów na wyprawy raftingowe w dół rzeki.  W grudniu 2008 roku wraz z Piotrem Opacianem  eksploratorem Amazonii spłynęliśmy we dwójkę 508 kilometrów tej dzikiej afrykańskiej rzeki.

 

Jedna z najciekawszych rzek Afryki, etiopska Omo o długości około 760 kilometrów zadziwia krajobrazami, prymitywnymi plemionami żyjącymi w jej dolnym biegu i niezliczoną ilością dzikich zwierząt. Rzeka ta zanim zakończy swój bieg w Jeziorze Turkana przepływa przez góry Etiopii tworząc kilka zjawiskowych kanionów w tym chyba najpiękniejszy nazywany ?Serenity canyon? . Podobnie jak inna etiopska rzeka Awash płynie przez tereny nazywane kolebką ludzkości. To właśnie nad brzegami dolnego Omo znaleziono jedne z najwcześniejszych znanych szczątków Homo Sapiens.
Spływ Omo to wyprawa nie tylko z biegiem mało znanej rzeki ale też możliwość przeniesienia się w czasie i zachowania w pamięci wciąż dzikiego charakteru tej rzeki.
Skala inwestycji hydroenergetycznych i wywołane nimi zmiany w środowisku naturalnym  sprawiają , że jesteśmy być może świadkami zanikania tego fantastycznego świata dzikich plemion żyjących z upraw, które zapewnia im wylewająca corocznie rzeka. Wyrzuceni poza nawias cywilizacji dajemy się ponieść brunatnym wodom Omo, które z bezludnych gór niosą nas do tętniących życiem wiosek Mursi, Surma czy Bodi.

 

15.12 wyruszamy z hotelu Taitu w centrum Addis Abeby w liczącą 180 km trasę ze stolicy Etiopii na most Gibe. Po drodze żartujemy sobie z kierowcy, który gubi się w zeznaniach kiedy pytamy go czy Etiopczycy jedzą hipopotamy. Najpierw zapewnia nas, że jedzą, po czym przekonuje, że ze względów religijnych jest to zabronione. My z powagą na twarzy zapewniamy go, że w Polsce mięso hipopotama to podstawa jadłospisu i że katolicyzm tego nie zabrania. Slumsy Addis zostawiamy za sobą. Sucho i gorąco. Wreszcie po dwóch godzinach jazdy wcinamy się w wąską górską dolinę. Chwila niepewności- czy jest dość wody w rzece? Przecież pora sucha daje o sobie mocno znać. Trawy na zboczach wyschnięte, niebo bezchmurne. Jest woda! Nawet całkiem dużo.. Kilku pastuszków w mocno znoszonych koszulkach pomaga nam znieść ekwipunek nad rzekę. W nagrodę dostają cukierki. Chcemy jak najszybciej przemieścić się w bardziej odludne miejsce. Ładujemy wszystko do wodoszczelnych worów i płyniemy.

 

Zaczynamy z wysokości 1067 m.n.p.m. Przed nami 10 dni wiosłowania. GPS wskazuje 309 kilometrów w linii prostej do Mui Junction, rzeką może być nawet dwa razy więcej.  Omo od pierwszego machnięcia wiosłem nie jest nam przychylna. Od razu nabieramy wody na potężnym bystrzu. Na powitanie duży prawie czterometrowy krokodyl o zielonkawo żółtym brzuchu wskakuje do wody z prawego brzegu. Wiosłujemy mocniej przez chwilę. Ręka trzymająca dolną część wiosła 10 centymetrów od tafli wody lekko drży. Krokodyl jest chyba bardziej przestraszony niż my sami. Nie ma czasu na rozpamiętywanie tego spotkania, bo zaczyna się powoli ściemniać. Po chwili płynięcia rozbijamy obóz na lewym brzegu rzeki Omo. Nie śpimy dobrze pierwszej nocy. Z jednej strony huczą bystrza, a z drugiej ściana ognia schodzi w dół po stromiźnie. Pewnie pasterze podpalili zbocza porośnięte suchymi trawami? Przez większą część nocy ogień zbliża się do naszego namiotu. Słychać go tak samo głośno jak wodę. Po jakimś czasie słabnie, niedaleko huczą tylko wzburzone wody górskiej rzeki.

 

Wstajemy skoro świt, wypływamy i od razu natykamy się na stado hipopotamów. Te sympatycznie wyglądające zwierzaki podobno są wyjątkowo niebezpieczne dla człowieka. Pod względem wielkości dorównują nosorożcom białym, ustępując jedynie słoniom. W górnym Omo spotykamy te duże ssaki dość często. Raczej nie są agresywne. Widząc, że je omijamy zostawiają nas w spokoju. Początkowo ich stada liczą od czterech do sześciu hipopotamów, im niżej spływamy tym stada są liczniejsze. Największe dochodzą do około dwudziestu osobników. Na spokojnej wodzie czy między czarnymi obłymi skałami figlują w wodzie wypuszczając nosem fontanny kropelek. Wygrzewają się na słońcu tam gdzie skaliste brzegi Omo ustępują piaszczystym łachom i łagodnym brzegom.

 

Na trzeci nocleg zatrzymujemy się w miejscu zajmowanym przez hipopotamy. W trakcie kolacji samiec przewodzący stadu pokazuje swoje niezadowolenie z naszego pobytu na ich terytorium. Demonstracja siły. Fika koziołki w wodzie, podpływa blisko naszego obozu, ryczy i wypuszcza nosem powietrze w charakterystyczny dla hipopotamów sposób. Dokładamy drewien do ogniska w razie czego. Tej nocy pawiany awanturują się na drugim brzegu, hipopotamy krążą w wodzie blisko naszego obozowiska hałasując, a górski busz dudni od przedziwnych odgłosów. To Afryka.

 

Hipopotamy są niesamowite, spotkanie z nimi na rzece w ich naturalnym środowisku jest niecodziennym wydarzeniem. Raz mijamy hipopotama skaczącego pod prąd na dość szybkim nurcie, innym razem przepływamy w odległości około trzech metrów od młodego hipcia śpiącego błogo pośrodku rzeki w łagodnej cofce za kamieniem. To najpiękniejsze chwile spływu. Nagroda za wszelkie trudy - kontakt z dzika przyrodą.

 

Omo zadziwia nas nie tylko bogactwem fauny, ale przede wszystkim swoją siłą. To górska rzeka o bystrzach dochodzących do klasy IV w klasyfikacji ww. Nurt jest porywisty, często występują odwoje i nieregularne duże fale szczególnie w miejscach gdzie rzeka płynie w  kanionie nie szerszym niż 7-8 metrów. Co ciekawe tam gdzie skały okalające koryto rzeki są niskie dochodzące do 5 metrów wysokości rzeka płynie z dużą prędkością. Kiedy wpływamy do wysokich, schodzących prostopadle do rzeki i porośniętych zielenią kanionów wysokich na dwieście metrów uderza nas wszechogarniający spokój i cisza. Zdarza nam się też płynąć po tak zwanej szachownicy: mijamy duże czarne kamienie i konary płynąc wąskimi przesmykami. Już podczas drugiego dnia spływu rzeka uczy nas pokory. Moja rozcięta z boku głowa i stłuczona kość ogonowa mojego kompana to konsekwencje pierwszej wywrotki. Lista strat materialnych jest znacząca: zgubione wiosło i okulary oraz zerwane z nóg przez rozszalały nurt sandały. Od rana do wieczora na wiosłach. Słońce chowa się za góry, a my ciągle przedzieramy się przez wąski kanion. Końca nie widać.  Brakuje sił, w ustach sucho. Zataczając się ze zmęczenia rozbijam namiot, piję jakiś napój i zasypiam na twardym podłożu. Materac przecież też się zgubił. Zresztą co tam?

 

Hipopotamy, pawiany, gerezy abisyńskie, krokodyle, antylopy, guźce i wodne ptactwo towarzyszą nam w pierwszych dniach spływu.. Dopiero około piątego dnia spływu natrafiamy na tubylców, którzy proszą nas żebyśmy przeprawili na drugi brzeg ich rzeczy schowane w brudnych workach. Sami przeprawiają się na napompowanych kozich skórach. Bywa, że całe wioski chcą się przedostać na drugą stronę. Bierzemy ile się zmieści na naszą łódź  i wiosłując ostrożnie płyniemy na drugi brzeg w asyście radosnych okrzyków. Wieczorem mamy w obozie gości. Dwóch młodych chłopaków oddaje nam trochę swojego bimbru i kukurydzy za snickersy. Noc jest chłodna. Rano pomagają nam zanieść sprzęt nad rzekę i lekko skacowani odchodzą w swoją stronę.

 

W górnym Omo na brzegach rzeki nie ma osad czy wiosek. Po niemal tygodniu przedzierania się przez góry wpływamy z wolna na równinę zamieszkałą głównie przez plemiona, których kontakt z cywilizacją jest bardzo ograniczony. Stada hipopotamów występują coraz rzadziej, pojawia się za to więcej krokodyli. Bywa, że płyną trójkami, a nawet czwórkami w naszym kierunku po czym znikają jak duchy w odmętach Omo. Podziwiamy nabrzeżne poletka kukurydzy, sorgo i innych nieznanych nam roślin uprawianych na terasach zalewowych żyznych od mułu nanoszonego corocznie przez Omo w czasie pory deszczowej. Gaje palmowe zajmują miejsce czarnych od wypalonej trawy zboczy. Stojący po pas w wodzie chłopcy z ogromnymi wędziskami w rękach pozdrawiają nas głośnym Salam! . Wydaje się, że jesteśmy niezwykłą atrakcją dla miejscowych, wyraźnie szukają z nami kontaktu. Trzy nastoletnie rosłe i roznegliżowane dziewczyny, prawdopodobnie z plemienia Bodi wabią nas śpiewem jak niegdyś syreny Odysa. Maja piękne, smukłe ciała i ładne piersi. Głosy jak dzwony. Pięknie śpiewają. Chłopcy z wioski uzbrojeni w Kałasznikowy nie pozwalają nam na zawarcie bliższej znajomości. Odpływamy nie ociągając się.

 

W wigilijny dzień podpływamy do brzegu skąd wymachuje do nas jakimiś przedmiotami starsza kobieta. Podaje nam kły hipopotama. Jej pokryta siateczką zmarszczek twarz wyraża przekonanie, że Ci biali ludzie na niebieskiej łodzi skuszą się i kupią jej egzotyczny towar. Tym większe jest jej zdziwienie kiedy odpływamy bez targów. Ciekawe czy brak hipopotamów w dolnym Omo jest wynikiem ucieczki tych dużych zwierząt z terenów zamieszkałych przez plemiona czy też ich wytępienia przez ludzi? Nagle z rzeki wyskakuje ryba i odbija się ode mojego ramienia wpadając z powrotem do wody. Niewiele brakowało a mielibyśmy co wrzucić do garnka na wieczerzę wigilijną.

Święta jest nam dane spędzić w miejscu skąd zdaniem naukowców wywodzi się rodzaj ludzki, kilkaset kilometrów na północ stąd podobno ukryta jest Arka Przymierza. Betlejem jest jeszcze dalej na północny wschód. Właśnie tą stronę horyzontu przecinają tego wieczoru błyskawice. Po raz pierwszy od początku spływu kilka chmur pojawia się na niebie.. Na kolację wigilijną jest w tym roku herbata. Wspominamy bliskich obozując na piaszczystym brzegu. Nucę kolędy. Gdzieś w dali porykują stada bydła hodowanego przez Mursi.

 

Nie wszystkie spotkania z tubylcami są przyjemne. Kilkukrotnie na nasz widok grupka miejscowych wyrusza nam na spotkanie ciężkim czółnem zrobionym z jednego pnia drzewa. Te łodzie to promy dzięki którym mogą doglądać plonów zasianych na przeciwnym brzegu. Nie mają wioseł, posługują się długimi kijami.  W swoich barwnych strojach, nierzadko ze śladami samookaleczeń na ciele są trochę jak piraci dolnego Omo. Wydają dzikie okrzyki. Wygrażają nam kiedy nie pozwalamy im podpłynąć. Sami nie wiemy czy chcą nawiązać z nami stosunki handlowe czy obrabować po sprawnym abordażu. Wolimy nie ryzykować..

Ostatniego dnia spływu sami wpadamy w zasadzkę Mursi- najbardziej wojowniczego plemienia w dolinie rzeki Omo. Kobiety Mursi noszą charakterystyczne gliniane krążki, które naciągają na wargi. Nierzadko kapsle i śruby stanowią zadziwiające dodatki do ich trybalnej biżuterii. Mężczyźni uzbrojeni w Kałasznikowy noszą ślady samookaleczeń, są silni i wysocy. Szukając Mui junction - miejsca skąd ma nas odebrać kierowca- wpływamy w lewą płytką odnogę rzeki w pobliżu wioski Mursi. Na początku dwóch mężczyzn stara się nas zatrzymać ale nie pozwalamy im. Wzywają posiłki i zatrzymują nas siłą. W ruch idą kije i kamienie. Groźne, marsowe miny Mursi. Po kilkuminutowej szarpaninie następują negocjacje. Wykup to 3 kilo ryżu, 30 birrów (etiopska waluta), moja podkoszulka i menażka. Zmęczeni płyniemy dalej.

Tego samego dnia docieramy do Mui Junction. Jest 25 grudnia. Płynęliśmy dziesięć dni bez przerwy. Z wysokości 1067 m.npm spłynęliśmy poniżej 400 m.n.p.m. Dzień wcześniej w wigilijny wieczór wymarzyłem sobie deszcz, nazajutrz z rana kilkanaście kropli deszczu spadło na mój namiot..



© Maciej Tarasin.
Created by: sakowww.com
Maciej Tarasin - Adventure & Exploration
Photo: Maciej Tarasin