Hide / Show   X
2014-03-22

Rozdział IV fragmenty

Owoc mojej dzisiejszej pracy. Dziewięć lat temu po raz pierwszy wyruszyłem do Ameryki Południowej i z miejsca się w niej zakochałem. Wtedy wszedłem na ścieżkę przygody. Od tego czasu dawka przygody jest podawana w nieprawdopodobnych ilościach rosnących liniowo. Nie bójmy się tego nazwać: to jest kurde uzależnienie. Liczę na waszą konstruktywną krytykę poniższego fragmentu rozdziału IV, który traktuje o Rio Tuichi, ale w ramach pewnej dygresji zjeżdża paręset kilometrów na południe, żeby poznać niezwykłych Chipaya.

Rankiem czuję się lepiej. Idę na spacer po Oruro około 4 rano. Jest chyba weekend, dużo młodzieży pod wpływem prochów i alkoholu snuje się po ulicach. Wracam, siadamy nad mapami i zastanawiamy się od której strony dojechać do pustyni solnej. Wersja łatwa to udać się do miasteczka Uyuni główną drogą, wersja dla twardzieli to spróbować przebić się przez trudno dostępny region w okolicach jeziora Coipasa i zjechać odrobinę ze szlaku dla gringos. Wybieramy trudniejszą drogę. Dodatkową atrakcją jest to, że mało gościnne okolice przez które mamy przejechać zamieszkuje tajemniczy lud zwany Chipaya. Są oni uznawani za doskonałych rybaków i myśliwych. Do polowania na wodne ptactwo nad brzegami słonych jezior używają tradycyjnej broni w postaci ołowianych kulek powiązanych ze sobą postronkami. Taka sama  broń była na wyposażeniu inkaskich wojowników.

Plemię to zachowało odrębną kulturę żyjąc od 4000 lat w surowym klimacie boliwijskiego interioru. Zgodnie z tradycją ustną pierwsi Chipaya żyli nad brzegami wyschniętego dzisiaj jeziora Ajllata, jednak zostali stamtąd wyparci przez plemię Aymara i przenieśli się na obrzeża pustyni solnej Coipasa nad brzegi rzeki Lauca. Sama nazwa Chipaya wywodzi się z języka Aymara i może odnosić się do sieci chi?pa używanych przez Chipaya do podtrzymywania dachów ich domostw. Aymara nazywali ich także chullpa puchu ? pozostałości po Chullpas, jako że uznają Chipaya za potomków antycznych Chullpas, którzy zamieszkiwali tą część altiplano w czasach prehistorycznych.

 

Tradycyjne wiejske domy Chipaya wallichi koya są zgoła odmienne od innych takich konstrukcji w rejonie Andów. Są okrągłe, ze ścianami zbudowanymi z tepes ? torfowych bloków pokrytych warstwą błota, i dachami ze słomy i trawy ichu. Domy te nie mają okien, a jedyne drzwi zrobione z drewna kaktusa są zwrócone na wschód, aby piasek nie wdzierał się ośrodka na skutek potężnych wichur. Drewno jest praktycznie nieosiągalne na terytorium Chipaya, muszą oni podróżować około 30 kilometrów aby przywieźć do domów tholas i suszone kaktusy. Aby się ogrzać i cos ugotować w trakcie przenikliwego zimna używają wiecznie zielonych roślin o nazwie yareta. Drugi rodzaj domu nazywany phu tuku jest jeszcze bardziej niezwykły. W całości zbudowany jest z bloków torfowych i wygląda jak pszczeli ul. Po zbudowaniu domu, a przed zamieszkaniem w nim Chipaya [poświęcają zwierzę, a jego krwią pokrywają ściany i sufit domostwa. Niestety ich tradycje powoli odchodzą w zapomnienia, tak jak i język, którym posługują się Chipaya.

Inkowie upadli, Uru Chipaya przetrwali, ale właśnie znajdują się na krawędzi przetrwania na skutek zmian klimatycznych.  Stojący na czele plemienia w 2009 roku Felix Quispe mówi, że rzeka, która była ich życiem przez wieki teraz wysycha. Jego ludzie nie są w stanie poradzić sobie z suszą, która w ostatnich latach zamieniła ich uprawy w suche wióry, a zwierzęta hodowlane w skórę i kości. Tam gdzie od lat były tereny podmokłe teraz jest sucho. Tam gdzie roiło się od kaczek, krabów i trzcin teraz jest piach i suche trawy. Co mają zrobić wodni ludzie Chipaya? Większość udaje się do dużych miast w Chile I Boliwii szukając lepszego życia. W wiosce Santa Ana i rozrzuconych na dużej przestrzeni małych zagrodach zostało już mniej niż 2000 mieszkańców. Chipaya mogą zwyczajnie zniknąć, a wraz znimi ich niezwykłe tradycje i język. Bez wody nie ma życia.

 

Droga obok jeziora Coipasa jest wyjątkowo atrakcyjna nie tylko pod względem krajobrazowym. Zdarza się, że spłoszone lamy ścigają się z naszym samochodem na terenowych wertepach. Od czasu do czasu naszym oczom ukazują się smukłe wikunie, które w przeciwieństwie do lam są gatunkiem objętym ochroną. Bywa też, że napotykamy miejscowych. Kiedy mówimy, że jesteśmy Polakami ich pierwsze skojarzenie to papież Jan Paweł II cieszący się wśród tych ludzi wyjątkową estymą. Pojawiają się pierwsze naturalne przeszkody na naszej drodze. To rzeki. Każda pokonana rzeka, a trzy pozostawiamy do południa za sobą, przybliża nas do celu. Wreszcie kilkanaście kilometrów od miejscowości o nazwie Chipaya dojeżdżamy do wyjątkowo szerokiej wody. Sterczą z niej jakieś kijki z butelkami po dwulitrowej Coca-Coli wystającymi nad powierzchnię wody, ale nam to miejsce wydaje się zbyt głębokie. Jedziemy wzdłuż brzegu, żeby znaleźć wąski i płytki przesmyk. Jakby to drzewiej powiedzieli: szukamy brodu..

Chłopaki wychodzą z wozu i wskakują na naczepę. Krzyczę do nich przez otwartą szybę:

-Mówcie mi jak się będę zapadać!

-Dobra, dobra, jedź nie gadaj- odpowiadają

Nagle czuję, że opony zapadają się w mokrym piasku, napęd na cztery koła nie pomaga. Grzęźniemy na dobre. Wokół bezludny teren. Mamy przewalone. Nagle na przeciwległym brzegu pojawia się motocyklista i bez najmniejszego problemu po szlaku wytyczonym kijkami, na których umieszczone są plastikowe butelki po coca coli przeprawia się na drugi brzeg lekko tylko mocząc buty. Tomek zna świetnie hiszpański i bierze miejscowego na spytki.

- Mówi, że w naszym kierunku zmierza ciężarówka z Indianami. Może wyjdę im naprzeciw?

- No idź, a my nagramy film o naszej przygodzie- mówi Krzysiek.

- A mają liny, żeby nas wyciągnąć? ?pytam

- Mówi, że nie wie- odpowiada Tomek i ściąga buty, żeby się przeprawić na drugi brzeg.

Krzysiek i ja zostajemy przy samochodzie. Kręcimy reportaż z miejsca wypadku. Zaczynam ja:

-Trzech gringo bardzo głupich i zmęczonych jechało sobie jeepem. I chociaż Kanguro, który nam wypożyczył auto prosił, abyśmy nie jeździli przez rzeki, to nie. Byliśmy zbyt napaleni, żeby dotrzeć do wioski Chipaya, która jest ponoć pozostałością starożytnej cywilizacji. Dwóch gringo siedziało na przyczepie, a jeden gringo czyli ja kierowałem jeepem. I pytam się ich czy się zapadam, a oni na to, że nie, jedź dalej. No i proszę bardzo ? pokazuję do kamery na koło zanurzone w trzech czwartych w wodzie.

- A teraz przemówi drugi gringo ? ciągnął dalej naszą relację Krzysiek. Jesteśmy niesamowici, bo nasze auto to Mitsubishi z napędem na cztery koła. A chłopaki są tak wspaniali, że nie umieją odpalić tego napędu. To znaczy umieją, ale auto nie jedzie! A tam Chipaya, och Chipaya, piękne miasto i ta piękna rzeka.. Ale było tak: mieliśmy jechać koło tej pierwszej butelki. A później był drugi słupek, którego mieliśmy się trzymać. Ale oczywiście wymyśliliśmy, że pojedziemy bokiem, żeby nie zamoczyć jeepa. I tak to wyszło- śmieje się Krzysiek.

Po niespełna dwóch godzinach zbliża się do nas ciężarówka. Na naczepie siedzi kilkunastu miejscowych w tym dwie kobiety ubrane w tradycyjny strój Chipaya czyli brązową opończę i turkusowe dodatki. Wszyscy ochoczo ściągają z nóg buty chcąc wypchnąć auto na twardszy grunt. Stoją po kolana w wodzie, jest chłodno, a z ich twarzy nie znika uśmiech.

-Uno, dos, tres, quatro ? chcę nadać rytm naszym wysiłkom i głośno krzyczę dla zachęty. Niestety bez skutku. Jeden z Boliwijczyków tłumaczy mi, że muszę wejść do środka i jak auto będzie rozkołysane mam dać gazu na wstecznym. Robię co mi każe. Tym razem się udaje. Auto wyjeżdża na stały grunt, Chipaya rozentuzjazmowani, a my jeszcze bardziej. Ich wysiłek zostaje nagrodzony w amerykańskiej walucie.

Przejeżdżamy przez rzekę szlakiem wyznaczonym przez wbite w dno patyki z butelkami, które uprzednio zignorowaliśmy. Wymęczeni i mokrzy dojeżdżamy do wioski. Zaczyna się ściemniać. Ludzie Chipaya opisywani w Lonely Planet jako nieufni udzielają nam schronienia w jednym z okrągłych domów i podejmują skromną kolacją. W kącie chaty swawolą małe dzieci. Bułka, do tego jakieś jajko i butelka piwa. Po raz kolejny doświadczam tego co jest dla wielu podróżników napędem i motywacją do poznawania ludzi w różnych zakątkach świata. Ten zadziwiający alians biedy i szczęścia. Coś co często jest niezrozumiałe w świecie zachodnim, bo goniąc za zyskiem zapominamy o tym co najważniejsze. O bliskości z drugą osobą, o zwyczajnym, codziennym byciu razem. 



© Maciej Tarasin.
Created by: sakowww.com
Maciej Tarasin - Adventure & Exploration
Photo: Maciej Tarasin